wtorek, 6 sierpnia 2013

"Grób: Koszmar"

Minął już tydzień od nocy na cmentarzu. Koszmar powraca co noc. Śni nam się to cały czas. Ja już nie wiem co to dobry sen. Budzę się co pół godziny, w momencie, kiedy ona zapada się pod ziemię. Zasypiając po jakimś czasie i znów to samo. Mam dość!
Po kolejnej ciężkiej nocy z rzędu postanowiłam coś zrobić, ale jeszcze nie wiedziałam co. Standardowo wstałam z łóżka, uczesałam się, przebrałam i zjadłam śniadanie. Udawałam zwykłą dziewczynę, którą nie byłam. Mama myślała, że jestem taka szczęśliwa na jaką wyglądam, niestety się myliła. To że zachowuję się przy niej normalnie i ubieram się na kolorowo to nie znaczy że jestem radosna dziewczynką... jej małą córeczką... tak na prawdę byłam emo. No cóż nadal jestem, ale się już nie ukrywam.
Po śniadaniu umyłam zęby i jak co dzień poszłam do mojej przyjaciółki. Myślałam co by tu zrobić i chyba już miałam pewną koncepcję. Dotarłam do jej domu i zadzwoniłam. Zdziwiłam się, ponieważ otworzyli mi jej rodzice. To nie codzienny widok bo przeważnie ich nie było, a tu nagle oboje.
- Cieszymy się, że jesteś.
- Coś się stało?
- Kasia zamknęła się w pokoju i nie chce wyjść. Mówi, że chce rozmawiać tylko z tobą.
Od razu pobiegłam na górę i zapukałam do jej drzwi. Usłyszałam szlochanie.
- Kasiu! To ja Karolina. Otwórz proszę drzwi.
Podeszła do drzwi, otworzyła je i jak tylko weszłam zamknęła z powrotem na klucz. Po długiej rozmowie okazało się, że wysiadła jej psychika. Załamała się i bała się po prostu wszystkiego co ją otaczało, dlatego miała zamknięty pokój i zasłonięte okna. Siedziała na łóżku odkąd się obudziła i płakała, nawet jak ja z nią byłam to łzy spływały jej po polikach. Postanowiłam, że wprowadzę mój pomysł w życie. Odsłoniłam lekko rolety i poszukałam czarnych ubrań w jej szafie, co nie było trudne. Pomogłam się jej ubrać, następnie zeszłam na dół i poszperałam w kuchni. Znalazłam jej ulubione płatki i mleko. Gdy zjadła wyprowadziłam ją z pokoju, poszłyśmy do salonu pożegnać się z jej rodzicami, ale ich już nie było. Praca dla nich była ważniejsza niż córka i tak cud, że czekali na mnie. Wyszłyśmy z domu a po drodze wytłumaczyłam jej gdzie idziemy. Z początku się bała, ale przekonałam ją tym, ze ten psycholog to znajomy mojej mamy.
Weszłyśmy do jego gabinetu i bez owijania w bawełnę zaczęłam opowiadać o tym co zrobiłyśmy i co się dzieje teraz. Po dwóch godzinach rozmowy i pytań przepisał Kasi tabletki na uspokojenie i kazał iść do księdza a nawet egzorcysty, ponieważ on nic nie poradzi a wydaje mu się, że to coś poważniejszego niż psychika.
Za poradą psychologa udałyśmy się do najbliższego kościoła. Jako "niewierzące" miałyśmy problem z wejściem do kościoła. Nie myślcie od razu, że jak jesteśmy emo to nie wierzymy w Boga. My wierzymy, ale go nie wyznajemy. Jesteśmy satanistkami. Chyba każdy wie kto to jest satanista. Ale mniejsza z tym. Weszłyśmy do kościoła i poszłyśmy na zakrystię. Miałyśmy szczęście ksiądz jeszcze tam był. Poprosiłyśmy go o rozmowę. Jak powiedziałyśmy mu tylko że mamy koszmar wspólny i że byłyśmy na cmentarzu "Siedmiu Grzechów" to wziął krzyż i nas wygonił. Podobnie zareagowali inni księża. Co oni wiedzą czego my zwykli ludzie nie wiemy? Pewnie się nigdy nie dowiem. Został ostatni kościół. "Nawiedzona" świątynia (bo tak ją nazywano)  do której nikt nie przychodził na msze od 40-stu lat, ale podobno ksiądz jakiś tam jest cały czas. Udałyśmy się tam po wybiegnięciu z ostatniego normalnego kościoła.
Podeszłyśmy pod drzwi kościoła i się zawahałyśmy, ale mówi się "raz kozie śmierć" to nasza ostatnia deska ratunku. Światło...eh świeczki były zapalone, panował pół mrok. W oddali przy ołtarzu widziałam jakąś przygarbioną postać. Podeszłyśmy bliżej i ujrzałyśmy kapłana w wieku około 75lat. Wyglądał tak strasznie jak ten kościół i cmentarz razem wzięte, w dodatku odprawiał msze dla nikogo. Usiadłyśmy i poczekałyśmy aż skończy odprawiać tą bezgłośną mszę. Kiedy skończył spojrzał na nas, uśmiechnął się i kiwnął abyśmy podeszły. Zrobiłyśmy co nakazał. Stanęłyśmy przed ołtarzem a on w końcu przemówił:
-Co was do mnie sprowadza moje drogie?
Opowiedziałyśmy mu całą historię. Na koniec pokręcił głową, podszedł do nas, zrobił nam na czołach znak krzyża i powiedział:
-Niech was Bóg błogosławi.
Coś skrzypnęło za nami i się odwróciłyśmy, na szczęście nic tam nie było. Okręciłyśmy się z powrotem do starego księdza ale jego już nie było...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz