środa, 30 października 2013

"Cienie: Szara rzeczywistość"

Po tym co zobaczyłam wymiotowałam bardzo długo. Karetka, która wcześniej widziałam, jak się później okazało, zabierała mamę Ani. Policjanci powiedzieli mi, że dostała zawału. Nie byli pewni czy ratownicy ją uratują. Sceneria w około była przerażająca. Wszędzie była krew Ani, ludzie z góry wciąż się wszystkiemu przypatrywali z przerażeniem, aż miałam ochotę krzyknąć im "Lubicie patrzeć na cierpienie ludzkie?! Kochacie trupy?!", ale się powstrzymałam bo to i tak by nic nie dało. Tata ani pojechał za karetką. Zachował zimną krew. Podziwiam go. Ja cały czas siedziałam obok miejsca gdzie leżała Anka. Jej już tam nie było, zabrali ją do lekarza sadowego aby dokładnie zbadał przyczynę zgonu. Przez to wszystko zapomniałam co zrobiłam w nocy.
Następnego dnia, gdy wszyscy trochę ochłonęli, zaczęły się przesłuchiwania. Ja poszłam na pierwszy ogień, następnie byli rodzice zamordowanej oraz moi. Przesłuchano wszystkich uczestników imprezy ale nikt tak na prawdę nie wiedział co się z nią stało. Chłopak, który zabawiał się z moją przyjaciółką nazywał się Krystian Szmal. Był tak schlany, że prawie nic nie pamiętał. Ja nic na to wszystko nie mogę poradzić. Rozpoczęto porządne śledztwo. Odciski palców, szukanie nasienia w ciele zmarłej. Niestety dużo wskazywało na Krystiana, ale coś mi się wydaje że to nie on.
Minął tydzien od tej straszliwej tragedii. Policja cały czas poszukiwała winnego. Mama Ani zmarła... mimo iż lekarze ją uratowali wtedy. Ojceci ani już zgiety, całkiem się złamał. Zabrali go do psychiatryka, ponieważ chciał popełnić samobójstwo. Napisał nawet list pożegnalny, który dano mi później do odczytania.

Droga Karolino!

Po przeczytaniu tego już mi było gorąco.

Straciłem moją jedyną córeczkę i ukochaną żonę. Zabijam się, bo chcę być z nimi. Pewnie myślisz, że mam ci za złe to, że poszłyście na tę imprezę. Kochana wiedz, że nie. Skąd miałyście wiedzieć o tym co miało się stać. Policja mi powiedziała że to musiało być zaplanowane już wcześniej. Szukają tego mordercy, ale to czy go znajda nie ma już dla mnie większego znaczenia. Chcę je mieć przy sobie. Satysfakcja z ukarania zbrodniarza nie satysfakcjonuje mnie. 
Nie rozpisuje się więcej, bo nie chcę się wyżalać. To nie ma sensu jak moje życie. 
Dziękuje ci za to, że byłaś dla naszej córki jak siostra. 
Andrzej Koczyński
Ojciec Ani

Po przeczytaniu tego jeszcze bardziej wzięłam winę na siebie. Wiedziałam, że to ja ją namówiłam na te imprezę i to ja zostawiłam ją sama z obcymi ludźmi. Postąpiłam samolubnie idąc do łóżka z Adamem. Ja mam teraz jego. Chodzimy ze sobą, on wspiera mnie a ja jego. Tak straszliwie przejął się tym co się stało. 
Mijał czas a śledztwo dochodziło do końca. Policja prawie była pewna kto dokonał zabójstwa. Były na ciele Ani jego odciski palców. Jego nasienie również. Ale to nic bo można by było powiedzieć, że po prostu się z nią przespał jak Krystian. Ten który był winny miał powody by ją zabić. Na imprezie był chłopak o imieniu Martin. Jego ojciec był Turkiem a matka Polką. Kiedyś zakochał się w Ani i zapytał się jej czy chce z nim chodzić. Niestety jej nie pasowało to że jest tylko w połowie Polakiem. Była rasistką i nie tolerowała ludzi innych narodów. Powiedziała mu wtedy:
-Spadaj na drzewo turecka małpo! Łazisz za mną od miesiąca jak cień. nie będę chodzić z jakimś brudasem.
Martin popłakał się i uciekł. Tę akcje widziała połowa szkoły. Dodatkowo ktoś to nagrał i wstawił na YouTube. Filmik rozszedł się po całej szkole. Marti był wyśmiewany i dręczony. Chłopak się załamał. Rodzice zdecydowali, że sprawę wniosą do sądu przeciwko temu, który opublikował ten film. Sprawa nie skończyła się do tej pory. A on wyprowadził się do innego miasta. 
Ale powstało pytanie. Jak dowiedział się o imprezie? Kto go zaprosił? Obawiam się, że jego wspólnikiem był Karol. Ale policja nigdy tego nie dowiodła mimo iż im wspominałam  o tym. 
Ostatecznie martina skazano na 25 lat więzienia. Morderstwo ze szczególnym okrucieństwem i gwałt. Od morderstwa do sprawy w której został skazany minęły cztery miesiące.
Jakiś czas po tej rozprawie zauważyłam że strasznie przytyłam. Myślałam że to ze stresu, ale gdy przeglądałam diety w internecie olśniło mnie. Pomyślałam o jednym i się popłakałam. Nie mówiłam nic rodzicom przez następny miesiąc, bo nie byłam pewna, ale w końcu nadszedł czas.
-Mamo? Możemy pogadać?
-Oczywiście słoneczko.- Promieniście się uśmiechnęła i odłożyła książkę.- O co chodzi złotko?
-Bo jest taka sprawa...-Przerwałam i opuściłam wzrok na dół po czym się rozpłakałam.
Mama podeszła i mnie przytuliła.
-Ależ skarbie nie płacz. Powiec co się stało.
-Jestem w ciąży- Powiedziałam to krzycząc przez łzy. byłam pewna w stu procentach. Zrobiłam trzy testy ciążowe a brzuch miałam już dość duży by to się potwierdziło.
Mama rozdziawiła lekko usta ze zdziwienia, ale nie wyglądała na złą. Przytuliła mnie mocno i już o nic nie pytała. Siedziałyśmy tak chyba z pół godziny aż wszedł tata. Usłyszałam, że wchodzi po schodach i jak otwiera drzwi.
-Kochanie jestem!- wszedł do pokoju i jak tylko nas zobaczył na jego twarzy pojawiło się zmieszanie, przerażenie i smutek razem wzięte.- Co się stało?
-Karolina...- Mama przerwała bo nie wiedziała czy chcę aby tata wiedział. Spojrzałam na nią i lekkim kiwnięciem głowy dałam jej znak że może powiedzieć.
-Co Karolina?- zapytał zniecierpliwiony tata
-Karolina... jest w ciąży.- Ja znów się rozszlochałam, kiedy mama to powiedziała.
Tata zareagował tak samo jak mama. Rozdziawił usta i podbiegł do mnie by mnie przytulić. Zdziwiłam się gdy zobaczyłam w jego oczach łzy.
Na następny dzień zdecydowałam, że pójdę do Karola i powiem mu o ciąży. Cały czas byliśmy ze sobą. Poszłam do niego na nogach, aby po drodze obmyślić jak mu to powiedzieć. Wiedziałam, że zrozumie... w końcu to jego dziecko.
Gdy doszłam do jego domu chwilę się zawahałam, ale w końcu zadzwoniłam. Ku mojemu zdziwieniu otworzył nie kto inny jak jego mama.
-Oh Aniu! Miło mi cie widzieć.
-Dzień dobry pani. Jest Karol?
-Jest, już go wołam.
-Nie nie, sama pójde do niego. Jest u siebie?
-Tak u siebie.
Przepuszcza mnie i wchodzę znów po tych piekielnych schodach. W dzień to wszystko wygląda elegancko a nie mrocznie. Jest tu tak czysto, a brak tańczącego tłumu nastolatków powoduje że cały dom wydaje się jeszcze większy. Przypominam sobie jak on prowadził mnie po tych schodach. Przeszłam korytarzem i doszłam do jego drzwi. Zapukała, otwarłam je i wsunęłam głowę. Stał już twarzą do drzwi.
-Karolina? A co ty tu robisz?
-Twoja mama mnie wpuściła.- Obdarzyłam go pięknym uśmiechem a on go odwzajemnił. Podeszliśmy do siebie i namiętnie się pocałowaliśmy. Odsunęłam się lekko od niego i spojrzałam mu w oczy. Dostrzegłam w jego spojrzeniu ogromne pożądanie. Mój uśmiech zniknął.
-Kochanie... musimy poważnie porozmawiać.
-Ty i poważna rozmowa? Niespotykane.- Zażartował sobie i znów chciał mnie pocałować. Odsunęłam się od niego jeszcze trochę i spojrzałam na niego z miną mówiącą "Nie teraz!"
-O co ci chodzi?- powiedział oburzony, że nie może mnie pocałować.
-Usiądźmy może.-Siadamy i pokazuje mi że mam mówić- Pamiętasz tę feralną noc gdy zginęła Ania?- Potaknął a ja mówiłam dalej.- Kochaliśmy się wtedy.
-Taaaak pamiętam kocie. Było nam tak bosko.
-Nie w tym rzecz.
-Nie rozumiem.... wciąż obwiniasz się o Jej śmierć? Nie mogłas wiedzieć. Przecież już mówiliśmy o tym.
-No tak ale o to też mi nie chodzi.- spojrzał się na mnie pytająco- Karol... ja... ja...-zawiesiłam się i spósciłam głowę.
-Powiesz mi w końcu?
-Ja jestem z tobą w ciąży.
Zatkało go. Otwarł szeroko oczy i usta. Zrobił się czerwony, zerwał się z łóżka i się zaczęło.
-Ty głupia kurwo!- Teraz to ja rozdziawiłam usta.- Ty pierdolona dziwko! Wskakujesz mi do łózka i teraz co?! Myślisz, że będę ci bachora wychowywał? Ty mi się nawet nie podobasz. Planowałem cie przelecieć w tym tygodniu i cię rzucić a ty przychodzisz do mnie z czymś takim?!
-A... a...a...ale...
-"Ale mówiłeś, że kochasz?" Jezu jaka ty naiwna! Byłaś moja zabawką... chodziłem z tobą dłużej, bo chciałem pokazać innym jaki jestem czuły. Żeby inne na mnie leciały.- Złapał powietrze i darł się dalej.- Przeleciałem w tym czasie nie jedną, nie dwie a ze dwadzieścia debilko!
-Ty gnoju!- Wydusiłam zdławionym głosem i się rozpłakałam.
-Nie becz mi tu! Wypierdalaj z mojego domu i więcej się nie pokazuj!- Wstałam a on mnie popchnal w stronę drzwi.- Idź się wypłakać w ramie przyjaciółeczki... a no tak ona już zdechła.
To był cios. Z płaczem wybiegłam z jego pokoju. Przebiegłam przez korytarz i zbiegając po schodach o mało co się nie przewróciłam. Jego mama to zauważyła.
-Karola co się stało?- Zapytało zatroskana.
Minęłam ją i wybiegłam z domu. Biegłam biegłam aż w końcu potknęłam się i wywróciłam. Leżałam przez chwilę na chodniku ciągle płacząc. Podjęłam decyzję. Wstałam i pobiegłam dalej. Po jakimś czasie. Kompletnie wyczerpana stanęłam obok mostu z którego zrzucono Anie. Klęknęłam i zaczęłam krzyczeć. Ludzie omijali mnie obojętnie. Wstałam i podeszłam na środek mostu. Stanęłam na barierce i powiedziałam "Aniu idę do ciebie". Wtedy chciałam skoczyć, gdy nagle ktoś pociągnął mnie do tyłu. Upadłam na plecy. Uderzyłam się w tył głowy i straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu. Spojrzałam na to wszystko dookoła. Zwykły pokój szpitalny.  Wszędzie sprzęt wskazujący moje funkcje życiowe. Udało mi się odkryć i spostrzegłam że mój brzuch jest znacznie mniejszy. Zrozumiałam to w jednej sekundzie. Poroniłam.
Po miesiącu wypuścili mnie ze szpitala. Byłam po leczeniu psychiatrycznym. Wróciłam do domu i wzięłam do ręki ten zeszyt w którym właśnie pisze. Siedzę na łóżku od dwóch godzin i piszę to wszystko. Obok już naszykowałam sobie nóż. Za chwilę sięgnę po niego i spełnię to o czym myślałam od chwili wybiegnięcia z Jego domu.
Zostawię to i krótki list. Już go napisałam. Napiszę jego treść tutaj.

Mamo, tato!

Wiem, że moja śmierć was zaboli, ale proszę zrozumcie mnie. Mam dość życia. Zostałam potwornie zraniona. Robiliście co mogliście i za to wam dziękuję. Kocham was, ale nienawidzę siebie. Idę do nieba, do Ani i jej mamy. Do mojej nienarodzonej córeczki. Proszę nie obwiniajcie siebie za to. Adoptujcie jakąś małą dziewczynkę. Nie mam wam tego za złe. Dajcie jej miłość i pamiętajcie, że będę szczęśliwa jeśli wy będziecie. Jeszcze raz dziękuję wam za wszystko i żegnam się z wami. 
Mam do was tylko jedną prośbę. Zeszyt który leży obok mnie, jest dla pokazania tego co się ze mną stało. Dopiszcie końcówkę. To moje pragnienie. 
Kocham Was
Karolina 

To treść tego listu. Tu zostawiam już miejsce dla rodziców. Żegnam się ze światem.  








Jest 27 grudnia. W końcu zdecydowaliśmy się dopisać na życzenie naszej córki końcówkę opowieści.
Karolina popełniła samobójstwo. Pocięła sobie całe ciało po czym wbiła nóż w serce. Lekarz sądowy stwierdził zgon po kilku minutach. Odnaleźliśmy ją w pokoju około godziny 20. Zmarła o godzinie 19 12listopada. Spóźniliśmy się o tak nie wiele. Nasz córka wbijając nóż sobie w serce wbiła go również nam. Dziś nie ma jej na świecie, tak jak jej dziecka, przyjaciółki i jej matki. 
Zgodnie z sugestią córki adoptowaliśmy 5letnią Justynkę. Zastępuje nam Karolinkę ale to nie to samo. To koniec tej smutnej historii. 

Podpisali rodzice Karoliny
Aneta i Paweł Witeccy.









poniedziałek, 23 września 2013

"Cienie: Most"

Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Zorientowanie się gdzie jestem zajęło mi dobre kilka minut i wtedy przypomniałam sobie co zrobiłam. Co ja zrobiłam- pomyślałam- To nie może być prawda, to był sen. Rozejrzałam się dokładnie po pokoju Adama. Wszędzie były nasze ubrania a my nago leżeliśmy w łóżku. Jako, że on jeszcze spał wyślizgnęłam się z łóżka i szybko ubrałam.  Spojrzałam na niego i posmutniałam. Wyszłam z pokoju i natknęłam się na przystojniaka, który bawił się wtedy z moją przyjaciółką. Był rozczochrany, ale i tak wyglądał sexy. Ciało modela, niebieskie oczy i blond włosy. Miał na sobie tylko bokserki. Ohhh jakie ciacho.
- Hej- powiedziałam
-Sieeema.
-Gdzie jest Anka?
-Ktooo?
-No Ania tańczyłeś z nią wczoraj.
-Aaaaa to wiem.
-To gdzie ona jest?
-Tańczyliśmy i piliśmy... dużo piliśmy. Skubana się trzymała. Poszliśmy do tego pokoju-wskazał pokój z którego wyszedł- No i wiesz...
-Śpi jeszcze?
-W tym sęk, że jej tam nie ma. Chyba zwiała.
Zerwałam się od razu i pobiegłam na dół. Wszędzie były porozwalane śmieci i powylewane napoje. Ciekawe kto to będzie sprzątał? Przebiegłam prawie cały dom i nigdzie jej nie widziałam.
Wybiegłam z tego domu. Chwyciłam telefon, który na szczęście włożyłam do kieszeni, gdy wychodziłam z pokoju Adama. Wybrałam numer Ani i szłam już w kierunku jej domu.
Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci, czwarty piąty i poczta:
-Aniu oddzwoń!
Dzwoniłam cały czas i szłam coraz szybciej. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie wyszła by pół pijana z imprezy. Znam ją.
Doszłam do jej domu, zadzwoniłam do drzwi z nadzieją, że ona tam będzie. Gdy jej mama otwarła tylko drzwi zapytałam:
-Jest Ania?
-Nie... myślałam, że jest u ciebie.
-Byłyśmy na imprezie i znikła!
- A... a... ale... jak to?
-To teraz mało istotne. Mam złe przeczucia. Trzeba ją szukać.
-Dzwonie na policje!
-Nie... policja nic nie zdziała, ponieważ musi minąć jakiś czas od zginięcia.
-To co robić?
-Szukać na własną rękę. Ja idę po rodziców i poszukamy w północnej części miasta a państwo niech idzie na południe.
-Gdzie szukać?
-Tam gdzie nastolatka może popełnić samobójstwo lub tam gdzie mogła zostac wywieziona.
Mama Ani jęknęła i wbiegła do domu. Nie miałam na co czekać. Pobiegłam do domu. Po drodze kilka razy się potknęłam i upadłam. Zdarłam sobie całe kolana i ręce. Ale dlaczego mam się użalać na tym, że jestem brudna i krwawię, jak moja przyjaciółka może już nie żyć?
Opowiedziałam rodzicom wszystko od początku w szybkim skrócie. Przejęli się i rozzłościli. Kazali mi się umyć bo wyglądałam jak fleja. Dziwne że nie zauważyli krwi która ściekała mi po prostu wszędzie.
Wzięłam bardzo szybki prysznic w lodowatej wodzie. Zabandażowałam sobie wszystkie rany i ubrałam luźniejsze spodnie i bluzę o dwa rozmiary za dużą. Wszystko w czerni, ponieważ nie miałam humoru i moje myśli były czarne.
Pojechaliśmy szukać Ani. Zaczęliśmy od cmentarzy, kościołów, najciemniejszych zaułków do których chodziłyśmy. Następnie zaglądałam pod każdy most i czasem jak mijałam duży kontener, zaglądałam do niego. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Odebrałam i usłyszałam rozhisteryzowany głos mamy Anki. Zrozumiałam z tego co mówi tylko: most, Ania, martwa. Rozłączyła się i już więcej nie odbierała. Wraz z rodzicami doszliśmy do wniosku, że po południowej stronie jest tylko jeden most... ten najwyższy.
Gdy dojechaliśmy na miejsce było mnóstwo ludzi. Pogotowie właśnie kogoś zabierało a policja krążyła jak powalona.
Przebiłam się przez tłum i przez barierkę zobaczyłam, że moja najlepsza przyjaciółka leży martwa na torach kolejowych. Było wysoko więc nie widziałam jej dokładnie. Postanowiłam zejść tam. W połowie drogi zatrzymał mnie policjant.
-Proszę pani tu nie wolno teraz chodzić.
-Ja muszę do niej iść!-wykrzyknełam
-Pani ją zna?
-To moja przyjaciółka imbecylu!
-Rozumiem, że jest pani w szoku, ale to nie znaczy, że nie mogę pani ukarać za obrazę funkcjonariusza na służbie.
-Chuj mnie to obchodzi!-Kopnęłam go z całej siły i kiedy on się zwinął z bólu ja pobiegłam na dół. 
To co zobaczyłam było straszne. Zmasakrowane ciało... jakiegoś człowieka. Jedyne co mnie utrzymywało przy tym, że to właśnie Ania to te piękne włosy. Była cała połamana, sina od siniaków i... miała poderżnięte gardło. Sama sobie tego nie zrobiła.






wtorek, 20 sierpnia 2013

"Cienie: Namiętność i miłość"

Anna to była taka dziewczyna jak ty czy ja. Wysoka, zgrabna, ładna. Inteligentna, sprytna i wygadana. No cóż po prostu ideał, a przynajmniej jak dla mnie. Miała takie zielone oczy i długie, proste, czarne włosy; duże usta i prosty, zgrabny nosek. Jej blada karnacja wprawiała mnie w oszołomienie. Kochała wampiry i zawsze dziękowała matce naturze, że wygląda tak jak one. Niestety pewnej nocy straciła to wszystko...
-Ania!
-Tu na górze!
Wbiegłam po schodach na górę i wpadłam do jej pokoju. Był kolorowy i taki przytulny. Wszystko poukładane i posprzątane do perfekcji. Cała Ania.
-Nie uwierzysz kto do mnie napisał!-krzyknęłam
-Po pierwsze, jak tak mówisz to tak musi być a po drugie... przestań krzyczeć!
- No okej okej. Karol ten, no wiesz, dwa lata starszy.
-Ooooo! Faktycznie bym nie uwierzyła. I co chciał?
-Zaprosił mnie do siebie do domu na impreskę. Bedzię około trzydziestu osób.
- I co? Zgodziłaś się?
- Pokarze ci sms'a którego mu wysłałam.
-Zobaczmy.- Wzięła mój telefon i zaczęła czytać na głos- "Tak w zasadzie to w tę sobotę mi się nudzi i mogłabym wpaść, ale chciałabym przyjść z moją przyjaciółką." No no... zobaczmy co odpisał.
I wtedy zaniemówiła.
-Bardzo zdziwiona?- zapytałam
-Eeeeee... noooooo... O co mu chodzi pisząc: " Mój kolega się nią zajmie, nie będziesz się musiała martwić."
-Nie wiem, ale brzmi dość fajnie. Nie będziemy same... tak jakby.
Wtedy obie zaczęłyśmy się śmiać z tego.
Jak już się uspokoiłyśmy trochę to zaczęłyśmy gadać co na siebie założymy.
-Nigdy nie byłam na prywatce.-powiedziała
-Ja też nie. Co my założymy?
-Coś kuszącego ale nie zbyt rzucającego się w oczy.
-Zgadzam się w stu procentach.
-Pomyślmy jakie ciuchy mamy i co się nadaje.
-Ja sądzę że ta twoja czarna mini i szpileczki czerwone były by w sam raz.
-Ale co do tego? Czerwona bluzka odpada, bo za bardzo zauważalna. Może też czarna?
-Wyglądało by super! I te twoje włosy. Rozpuścimy je a makijaż zrobimy subtelny ale wyraźny.
-Oczywiście czerwone cienie.
-Jasne, że tak. A co ja mam założyć?
-Ja cię na spódniczkę nie namawiam, bo wiem że ich nie nosisz. Tak samo jak szpilki. Możeeee...hmmm... spodenki czarne i do tego granatową bluzkę na ramiączkach?
-I do tego te niskie trampki. Są granatowe więc będzie fajnie wyglądać.
-Włosy wyprostujemy i upniemy w kitkę.
-A makijaż taki jak zawsze. Błyszczyk i mocno zaznaczone oczy kredką.
-Właśnie to mi chodziło po głowie.
Później gadałyśmy o istnych pierdołach... jak zawsze.
Nadszedł ten wieczór, wyszykowałyśmy się tak jak było w planach i poszłyśmy do domu Adama. Szczerze? Wyglądałam przy Ani jak szara myszka, ale mówi się trudno. Grunt że w szpilkach i tak była niższa.
Muzyka już grała a na podjeździe stało kilka aut. Byłyśmy spóźnione jakieś 30min. Może dobrze, bo nie jesteśmy pierwsze i wmieszamy się w tłum a po za tym impreza już się na pewno trochę rozkręciła. Zadzwoniłam i otwarł nie kto inny jak sam Adaś.
-Cześć dziewczyny!-musiał krzyczeć abyśmy go słyszały.-Czekałem na was! Już myślałem, że się nie pojawicie! Są prawie wszyscy!-Dopiero teraz dał nam dojść do słowa.
-Sorki za spóźnienie ale musiałyśmy iść na nogach!-powiedziała Anka
-Trzeba było dzwonić! Przyjechałbym po was!
-Nie no, przynajmiej nawdychałyśmy się świeżych spalin!-dodałam ja
Wtedy wszyscy wybuchliśmy śmiechem i Adam zaprosił nas do środka. Jak się domyślacie jego dom był wielki. Rozejrzałam się dookoła i widziałam przeróżnych ludzi. Spojrzałam jak ubrane są dziewczyny. Stwierdzam iż obie ubrane byłyśmy odpowiednio. Tu każdy był ubrany jak chce. Od miniówki po jeansy. Od koszuli po zwykły t-shirt. Z chwilowego zamyslenia wyrwał mnie gospodarz.
-Hej księżniczko!
Zdziwił mnie ten zwrot.
-Tak?
-Twoja koleżanka już ma swojego partnera i tańczy, to może my pójdziemy w ich ślady?
-Nie za bardzo lubię tańczyć, ale mogę zrobić wyjątek.
Weszliśmy w ludzi i zaczęliśmy tańczyć a tak w zasadzie to podskakiwać i ocierać się o siebie nawzajem. Nie wiem skąd u mnie takie umiejętności "taneczne". Ludzie dookoła świetnie się bawili, z resztą tak samo jak i ja. W momencie gdy byłam tyłem do niego, objął mnie i nachylił się do mojego ucha.
-Może mała przerwa? Napijemy się czegoś.
Lekko się okręciłam i kiwnęłam głową zgadzając się. Wypuścił mnie z objęć i chwycił za dłoń. Przeciskaliśmy się przez tych wszystkich ludzi. Chyba było ich więcej niż 30. Prowadził mnie na górę. Obejrzałam się za siebie, aby sprawdzić gdzie moja przyjaciółka. Zajęło mi to chwilkę, ponieważ cały czas szłam po schodach. Jest! Bawi się z jakimś przystojniakiem. Obróciłam się i dalej wspinałam się po schodkach. Co one takie długie? No! W końcu się skończyły. Widziałam długi korytarz pomalowany na bordowo a na ścianach były lampy w kształcie świec. Piękne! W moim stylu. Doszliśmy do końca korytarza i weszliśmy w drzwi na prawo.
-To mój pokój.-Tu było cicho i już nie musieliśmy krzyczeć.
-Jej! Nidy nie widziałam tak mrocznego pokoju!
Cały pokój był pomalowany na czarno. Meble były bordowe a łóżko takie gotyckie. Nie wiedziałam, że on lubi takie klimaty. Były zapalone świeczki. Były po prostu wszędzie. Podeszłam do łóżka i dotknełam go palcami. Usiadłam... było takie miękkie.
-Mogę się położyć?
-Jasne. Napijesz się czegoś?
 Położyłam się na tym pięknym a za razem przerażającym łóżku. Nogi mi zwisały bo jeszcze miałam buty.
-A co proponujesz?- okręciłam głowę w jego stronę
-Wszelakie alkohole.
-To może whiskey z colą.
-A jakie bo mam...- nie pozwoliłam mu dokończyć. Weszłam mu w słowo.
-Nie wymieniaj mi nazw ani rodzajów i tak się nie znam. Ty wybierz jakieś.
Obrócił się do barku i nalewał. Miał nawet tam chłodziarkę małą z lodem.
-Proszę.- Powiedział podając mi
Usiadłam na łóżku i wzięłam drinka. Przysiadł obok mnie. Zaczęliśmy gadać. Rozmowa się kleiła a czas leciał. Kolejny drink i coraz więcej śmiechu. Następny i następny...
-Masz mocną głowę kotku!-powiedział mi na ucho. Siedzieliśmy na poduszkach oparci o ramę łózka, ale obróceni lekko do siebie.
-Tylko ci się wydaje.-szepnęłam już lekko bełkocząc. No dobra lekko to za mało powiedziane.
-Mam na ciebie ochotkę
-Tak?-Zapytałam flirciarsko 
-Tak
I wtedy odłożył resztę mojego i prawie całego swojego drinka na szafkę nocną. Zakradł się do mnie na czworaka. Ja w tym czasie kiedy on odkładał te drinki położyłam się. Stanął nade mną, oczywiście na czworaka, zniżył się lekko i powiedział:
-Kocham cię i zawsze kochałem. 
I wtedy schylił się mocniej i namiętnie pocałował. Wtedy to już poszło samo. Zaczęłam rozpinać guziki przy jego czarnej koszuli. On rozpinał mi spodnie. Robiliśmy to szybko. Zdjęłam mu koszulę i rzuciłam ją na podłogę od już uporał się z zamnkiem i guzikiem więc uniosłam biodra i on je zdjał ze mnie. Stanął na łóżku i zdjął spodnie. Ja usiadłam i szybkim ruchem pozbyłam się bluzki. Położył się na mnie i znów mnie całował. Jego ręce sunęły po mojej tali a moje po jego plecach. Przestał mnie całować i osunął się niżej, rękami przejechał po brzuchu i zaczął zdejmować mi majtki. Pomogłam mu w tym. Pocałował mnie tam i zaczęła się wtedy cześć druga i już było bardzo przyjemnie. Później zdjął bokserki a ja stanik. Pochylił się znów i mocno pocałował. Odwrócił lekko moją uwagę kładąc rękę na mojej piersi i wtedy wszedł. Jęknęłam, ale czułam w tym samą przyjemność.
 Próbowaliśmy różnych pozycji. Ale w pewnym momencie poczułam że oboje dochodzimy. Był we mnie, czułam go wyraźnie i nagle...doszliśmy. Wyszedł ze mnie i położył obok mnie. Obróciliśmy się do siebie.
-Kocham cie.-szepnęłam i przytulił mnie mocno do siebie. Zasnęliśmy...


 



sobota, 10 sierpnia 2013

"Ucieczka"

Trzecia w nocy a ja znów nie mogę spać. Kręcę się po łóżku. Próbuję wszelkich pozycji do spania, ale każda jest zła. Nie wytrzymuję i wstaję. Chodzę po pokoju jak naelektryzowana. Kładę się na podłodze i wstaje, powtarzam tą czynność kilka razy... może się zmęczę. Nic to nie daje. Wychodzę z pokoju i wchodzę po kolei do każdego pokoju. Pokój rodziców jest pusty, brata też. Jestem sama, jak zwykle. Ojciec teraz pewnie zabawia się z którąś ze swoich dziwkowatych koleżanek z pracy a matka zalewa smutki w barze pięć ulic dalej. Brat wyjechał z tego psychopatycznego domu 5lat temu. A ja jako piętnastolatka muszę się męczyć do osiemnastki. Nie. Nie będę tego dłużej znosić. Muszę stąd uciec. Wbiegam do pokoju i się ubieram. Spodnie, ulubioną koszulka z BVB i glany. Biorę plecak i wkładam drugie spodnie, dwie koszulki, bieliznę i bluzę. Schodzę na dół i z kuchni zabieram jakieś żarcie. Klucze? Mam, tak jak komórkę i ładowarkę. Zatrzaskuję drzwi i zakopuje klucze w ziemi. Idę ulicą w przeciwnym kierunku od baru, w którym jest matka. Nie boję się, w końcu jak ktoś mnie zaatakuje to dziabnę go nożem.
Przeszłam jakieś cztery kilometry. Ktoś za mną idzie. Nie obrócę się, bo wyczuje że się boję. Cholera! Ja się boję? Wkładam rękę do kieszeni i... pusta! Nie wzięłaś idiotko noża! Czuję spojrzenie tego kogoś na sobie. Skręcam w pierwszą ulicę na lewo. Szlag by go! Idzie dalej za mną i jest coraz bliżej. Znów skręcam tym razem w prawo. Jest! Udało się! Poszedł sobie. Idę dalej trochę spokojniejszym krokiem, obracam się i widzę że on stoi na początku ulicy oparty o latarnie. Co jest? Idę dalej i co chwilkę się obracam. Jest tam cały czas tak samo nonszalancko oparty. Okręcam głowę i staje jak wryta. Kilka metrów przede mną stoi facet podobnie oparty. Spogląda w moją stronę. Co on ma w ręce? Błysło... to nóż. Zaczynam się cofać a on idzie w moją stronę. Obracam głowę i widzę że ten drugi też idzie, ale nie jest sam. Idzie z nim jakiś wysoki facet. czego oni chcą?! Po drodze nie było poprzecznych ulic, w które mogłabym wejść. Jestem zgubiona. Próbować walczyć? To bez sensu... lepiej się poddać. W tej sytuacji nawet glany mi nie pomogą. Staję i czekam chwilkę, są coraz bliżej. Siadam na ziemi przy plocie i zaczynam płakać. W jednym momencie podchodzą do mnie wszyscy. Podnoszę wzrok i widzę trzech facetów koło 23lat. Patrzą na mnie łakomie i się śmieją. Płacze coraz bardziej a jeden z nich kuca i chwytając mnie mocno pod brodę mówi:
-Co jest mała?-przerwał czekając na odpowiedź- Czego ryczysz?!
i popchnął mnie na chodnik. Zaczęłam się podnosić powoli, ale upadam z powrotem na ziemie przyciskana butem. Inny łapie mnie za włosy i zadziera moją głowę do góry. Patrzy na mnie i mówi:
-Jest moja panowie.
Wyciąga strzykawkę i wbija mi ją w szyję. Czuje jak odlatuję... ciemność.

"Grób: Pokuta"

W panice wybiegłyśmy z kościoła. Co sił w nogach pędziłyśmy do mojego domu. Po drodze ludzie obserwowali nas, peszyło mnie to i w pewnym momencie potknęłam się. Wylądowałam twarzą na chodniku a moja przyjaciółka nawet nie zauważyła, że nie ma mnie obok niej. Pobiegła dalej a ja nie mogłam się podnieść, byłam zmęczona i czułam jak krwawię. Krew spływała mi gdzieś z twarzy i z dłoni. Czułam coś na kolanie, ale nie zwracałam na to uwagi. Prawie nic nie słyszałam, byłam lekko ogłuszona od uderzenia o twarde podłoże. Usłyszałam tylko słowa jakiegoś mężczyzny, widziałam zarys jego ciała, a później była już tylko ciemność.
Obudziłam się... gdzieś, sama nie wiedziałam gdzie. Wszystko mnie bolało. Nie mogłam się poruszać. Wszystko wokół mnie było zamazane, istniał tylko jeden ciemny punkt. Mrugnęłam kilka razy i wzrok mi się wyostrzył. To był ten ksiądz, ale skąd on się tu wziął i gdzie ja do cholery jestem, to było jedyne co mi na myśl przyszło. Rozejrzałam się po pokoju w którym byłam. Cały biały, nawet aparatura do której, jak się okazało byłam podłączona, była biała. W pierwszym momencie na myśl przyszedł mi psychiatryk ale to nie było to. To zwykły szpital... ulżyło mi. Dumałam nad tym wszystkim jeszcze przez chwilę a później spojrzałam pytająco na tego starego i strasznego za razem kapłana.
- Miałaś szczęście.
- eym...-nie byłam w stanie mówić a miałam tyle pytań
Podszedł do mnie i połozył swój krzywy i pomarszczony palec na ustach mówiąc:
-Ciiiii! Nic nie mów. Nie męcz się, już ci wszystko wyjaśniam.
Skinęłam lekko głową a on zaczął mówić.
-Wybiegłyście z mojego kościoła i jak oszalałe uciekałyście przez miasto. Ty się wywróciłaś a twoja koleżanka pobiegła dalej. Przy upadku uderzyłaś głową o krawężnik, przez co straciłaś przytomność, dodatkowo złamałaś rękę i przebiłaś dłoń. Nogę masz lekko poobijaną, więc chodzić będziesz. Pewnie zastanawiasz się skąd ja to wiem. Hmmm pewnie nie uwierzysz, ale anioły mi powiedziały. To była twoja kara za obudzenie dusz z cmentarza. Mszczą się na waszej dwójce. Teraz będziesz mogła spać spokojnie, to koniec tego koszmaru... dla ciebie.
Okrecił się i podszedł do drzwi spokojnym krokiem. Powoli się obrucił, wraźnie zesmutniał. Przyciszonym głosem powiedział:
- Twoja przyjaciółka zaginęła. Policja podejrzewa porwanie, niestety ja obawiam się czegoś gorszego...
I wyszedł. Do tej pory go nie spotkałam.
Na następny dzień wyszłam ze szpitala z gipsem na ręce i bandażem na kolanie. Aha jeszcze dwa szwy na głowie. Po prostu cudnie. Odebrali mnie rodzice. Jechaliśmy autem do domu a ja wciąż nic nie mówiąc rozglądałam się za przyjaciółką. Mijaliśmy kolejne domy a jej nie było nigdzie widać. Dotarliśmy do domu, wysiadłam, wparowałam do domu i pobiegłam na górę. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam wszystkie kolorowe ubrania. Ktoś by pomyślał wariatka, jej przyjaciółka zniknęła a ona porządki w szafie robi. Tak, porządki ale te ciuchy już nigdy nie znajda się w tej szafie. Otwarłam okno i z furią zaczęłam je wyrzucać. Trochę mi to zajęło bo w końcu miałam jedną rękę w gipsie. Zostały mi jedne czarne spodnie, czarna spódniczka, której nigdy na sobie nie miałam i dwie czarne koszulki. Ubrałam spodnie i koszulkę... no nie powiem trochę mi to zajęło. Przetaczała się przeze mnie fala emocji. Opanowałam się trochę i rozejrzałam po pokoju. Różowo-niebieskie ściany i białe meble. Wszędzie poustawiane kolorowe kwiaty. Skrzywiłam się na widok tego wszystkiego i postanowiłam, że jak tylko odnajdę moją przyjaciółkę to robię remont w pokoju. Ściany będą czarne i bordowe. Meble również będą czarne a kwiaty nie mają prawa tu być. Nie chcę żadnego światła, tylko świeczki. Koniec ukrywania siebie.
Po cichu wymknęłam się z pokoju. Rodzice byli w salonie i niczego nie słyszeli. Na palcach podeszłam do drzwi i włożyłam moje jedyne czarne buty. Hmmmm teraz tak myślę, że zakupy też muszę zrobić. Zamknęłam drzwi i poszłam przed siebie. Gdzie ona może być? Cały czas to pytanie przechodziło mi przez myśl, gdy nagle poczułam chłód w piersi... O nie! Ruszyłam na cmentarz. Szłam szybko i nie patrzyłam nawet czy coś mnie nie najedzie, to nie miało sensu. W końcu zauważyłam że biegnę. Zaczęłam płakać, chyba moja świadomość wiedziała co się stało, ale nie chciała mi tego pokazać. Nie wiadomo kiedy dotarłam do cmentarza, nawet nie zauważyłam kościoła. Weszłam z trudem na mur i zeskoczyłam po drugiej stronie. Rozejrzałam się dookoła. Teraz ten cmentarz wyglądał inaczej. Jaśniejszy i czystszy a groby wyglądały na zadbane. Podeszłam do grobowca na którym spałyśmy. Od razu uklękłam i zaczęłam krzyczeć. Rozpłakałam się ale wciąż to widziałam. Na grobowcu było imię i nazwisko mojej najukochańszej przyjaciółki, mojej "siostry". Było tam napisane "Katarzyna Brown skazana przez świat na wieczne męki". Wiedziałam już że sen się sprawdził.



wtorek, 6 sierpnia 2013

"Grób: Koszmar"

Minął już tydzień od nocy na cmentarzu. Koszmar powraca co noc. Śni nam się to cały czas. Ja już nie wiem co to dobry sen. Budzę się co pół godziny, w momencie, kiedy ona zapada się pod ziemię. Zasypiając po jakimś czasie i znów to samo. Mam dość!
Po kolejnej ciężkiej nocy z rzędu postanowiłam coś zrobić, ale jeszcze nie wiedziałam co. Standardowo wstałam z łóżka, uczesałam się, przebrałam i zjadłam śniadanie. Udawałam zwykłą dziewczynę, którą nie byłam. Mama myślała, że jestem taka szczęśliwa na jaką wyglądam, niestety się myliła. To że zachowuję się przy niej normalnie i ubieram się na kolorowo to nie znaczy że jestem radosna dziewczynką... jej małą córeczką... tak na prawdę byłam emo. No cóż nadal jestem, ale się już nie ukrywam.
Po śniadaniu umyłam zęby i jak co dzień poszłam do mojej przyjaciółki. Myślałam co by tu zrobić i chyba już miałam pewną koncepcję. Dotarłam do jej domu i zadzwoniłam. Zdziwiłam się, ponieważ otworzyli mi jej rodzice. To nie codzienny widok bo przeważnie ich nie było, a tu nagle oboje.
- Cieszymy się, że jesteś.
- Coś się stało?
- Kasia zamknęła się w pokoju i nie chce wyjść. Mówi, że chce rozmawiać tylko z tobą.
Od razu pobiegłam na górę i zapukałam do jej drzwi. Usłyszałam szlochanie.
- Kasiu! To ja Karolina. Otwórz proszę drzwi.
Podeszła do drzwi, otworzyła je i jak tylko weszłam zamknęła z powrotem na klucz. Po długiej rozmowie okazało się, że wysiadła jej psychika. Załamała się i bała się po prostu wszystkiego co ją otaczało, dlatego miała zamknięty pokój i zasłonięte okna. Siedziała na łóżku odkąd się obudziła i płakała, nawet jak ja z nią byłam to łzy spływały jej po polikach. Postanowiłam, że wprowadzę mój pomysł w życie. Odsłoniłam lekko rolety i poszukałam czarnych ubrań w jej szafie, co nie było trudne. Pomogłam się jej ubrać, następnie zeszłam na dół i poszperałam w kuchni. Znalazłam jej ulubione płatki i mleko. Gdy zjadła wyprowadziłam ją z pokoju, poszłyśmy do salonu pożegnać się z jej rodzicami, ale ich już nie było. Praca dla nich była ważniejsza niż córka i tak cud, że czekali na mnie. Wyszłyśmy z domu a po drodze wytłumaczyłam jej gdzie idziemy. Z początku się bała, ale przekonałam ją tym, ze ten psycholog to znajomy mojej mamy.
Weszłyśmy do jego gabinetu i bez owijania w bawełnę zaczęłam opowiadać o tym co zrobiłyśmy i co się dzieje teraz. Po dwóch godzinach rozmowy i pytań przepisał Kasi tabletki na uspokojenie i kazał iść do księdza a nawet egzorcysty, ponieważ on nic nie poradzi a wydaje mu się, że to coś poważniejszego niż psychika.
Za poradą psychologa udałyśmy się do najbliższego kościoła. Jako "niewierzące" miałyśmy problem z wejściem do kościoła. Nie myślcie od razu, że jak jesteśmy emo to nie wierzymy w Boga. My wierzymy, ale go nie wyznajemy. Jesteśmy satanistkami. Chyba każdy wie kto to jest satanista. Ale mniejsza z tym. Weszłyśmy do kościoła i poszłyśmy na zakrystię. Miałyśmy szczęście ksiądz jeszcze tam był. Poprosiłyśmy go o rozmowę. Jak powiedziałyśmy mu tylko że mamy koszmar wspólny i że byłyśmy na cmentarzu "Siedmiu Grzechów" to wziął krzyż i nas wygonił. Podobnie zareagowali inni księża. Co oni wiedzą czego my zwykli ludzie nie wiemy? Pewnie się nigdy nie dowiem. Został ostatni kościół. "Nawiedzona" świątynia (bo tak ją nazywano)  do której nikt nie przychodził na msze od 40-stu lat, ale podobno ksiądz jakiś tam jest cały czas. Udałyśmy się tam po wybiegnięciu z ostatniego normalnego kościoła.
Podeszłyśmy pod drzwi kościoła i się zawahałyśmy, ale mówi się "raz kozie śmierć" to nasza ostatnia deska ratunku. Światło...eh świeczki były zapalone, panował pół mrok. W oddali przy ołtarzu widziałam jakąś przygarbioną postać. Podeszłyśmy bliżej i ujrzałyśmy kapłana w wieku około 75lat. Wyglądał tak strasznie jak ten kościół i cmentarz razem wzięte, w dodatku odprawiał msze dla nikogo. Usiadłyśmy i poczekałyśmy aż skończy odprawiać tą bezgłośną mszę. Kiedy skończył spojrzał na nas, uśmiechnął się i kiwnął abyśmy podeszły. Zrobiłyśmy co nakazał. Stanęłyśmy przed ołtarzem a on w końcu przemówił:
-Co was do mnie sprowadza moje drogie?
Opowiedziałyśmy mu całą historię. Na koniec pokręcił głową, podszedł do nas, zrobił nam na czołach znak krzyża i powiedział:
-Niech was Bóg błogosławi.
Coś skrzypnęło za nami i się odwróciłyśmy, na szczęście nic tam nie było. Okręciłyśmy się z powrotem do starego księdza ale jego już nie było...



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Grób: Cmentarz"

Opowiem wam pewną historię o dziewczynie. Była ona taka jak ja, zawsze się rozumiałyśmy i wspierałyśmy. Dziś klęczę przed jej grobem i piszę o niej. A wszystko zaczęło się tak niewinnie.
Pewnego razu wracałyśmy z imienin kolegi. Musiałyśmy iść na nogach, ponieważ ja rzekomo byłam u niej w domu a jej rodziców nie było... jak zwykle. Po drodze wpadłyśmy na głupi pomysł. Skręciłyśmy w przeciwną stronę, na zupełne odludzie, był tam tylko cmentarz i stary kościół w którym podobno straszy. Ominęłyśmy kościół i weszłyśmy przez płot na cmentarz. Muszę przyznać,  było tam upiornie. Krążyłyśmy między grobami przez paręnaście minut a może kilka godzin, sama już nie wiem. Było fantastycznie! Otaczał nas mrok a ciszę rozcinała muzyka z jej telefonu. Mówiłam jej, że ma nie włączać bo jeszcze duchy obudzi a później obie się śmiałyśmy. Nawet najmniejsze dziecko wie, że to jest niemożliwe. W końcu znudziło nam się i położyłyśmy się na jednym z grobowców. Zasnęłam bardzo szybko, ale to nie był powód do szczęścia. Jak nigdy miałam koszmary. Śniło mi się, że z grobów wychodzą nieumarli i zabierają moją koleżankę. Wciągały ją pod ziemię, a kiedy podbiegałam i próbowałam ją chwycić budziłam się. I ten sen pojawiał się za każdym razem, kiedy ponownie zasypiałam.
Po ciężkiej nocy, kiedy już na dobre się rozbudziłyśmy opowiedziałam przyjaciółce co mi się śniło. Byłyśmy ciężko zdziwione kiedy okazało się, że śniłyśmy o tym samym, tylko ja widziałam to swoimi oczami a ona swoimi...

Coś o blogu

Witam!
To mój drugi blog. Chciałabym spróbować pisać opowiadania. Najprawdopodobniej część z nich będzie się opierała na historiach ludzi których znam albo na mojej własnej. Mam nadzieje że podołam i że się wam spodoba to co piszę.

Demon Śmierci
Paulina Gaj